To się stało wczoraj. W niedzielę. Zimową, słoneczną, zachęcającą do opuszczenia ścian i robienia przyjemności komuś a także radowania się życiem. No to poszłam. Się radować. I robić przyjemność.
Przyjemność chciałam robić psu. Mam bowiem za blokiem na Babicach pola, jeszcze nie wydarte przez spółki budujące takie domy jak mój. Na polach tych są bażanty. I zające..... Dużo zajęcy, jak się okazało.
Chciałam, żeby Wejo powęszył, potropił, pokopał, popsił zwyczajnie. Radostkę chciałam uczynić. Tośmy poszli w chaszcze. Ja tropię z nim. Dziury wskazuję, prawie kopię razem z Wejem. Kątem oka widzę - jest, bażant czy też kuropatwa śmiga przed nami!!! To tropimy ją, łapiemy dolny, górny i chaotycznie wiatr. Myślę: fajnie, poleci za nią, ale ona uleci, w niebo uleci, pies się nie wzniesie raczej - co oznacza, że ucieczki ode mnie nie będzie.
Ptak niezauważony został jednak - mimo - w moim mniemaniu wielkich - umiejętności wystawiania.
Wejo złapał inny trop. Za szybko, jak na moje ludzkie postrzeganie sytuacji. Zając!!!!! (moja głowa wyprodukowała myśl: teraz, w ciągu dnia? w norze nie powinien siedzieć?). No to poooooo...........szedł. A czego się cholera spodziewałam? Że stał będzie i patrzył jak zając trawkę spod śniegu wyjada? Tylko ten zając nie w tym kierunku, który by mnie interesował pokicał biegiem. Na domy, na ulicę poleciał/cieli... Ryczę "wracaj" choć wiem, że mnie nie słyszy, nie teraz kiedy najbardziej obfity w adrenalinę element łańcucha łowieckiego się uruchomił i on już nic, nic nie słyszy..
POGOŃ. Trwa. Moja głowa niby pracuje,ale żadna myśl, żadna mądra, coby pomogła z opresji cało wyjść, jemu fizycznie, mi psychicznie, nie powstaje. To.. ja także uruchomiłam ten sam element łańcucha łowieckiego, pogoń. Za Wejem. Po muldach, po twardej bruzdowatej ziemi, pooranej ... bo to pole było.
Biegnąc i nawołując jak zraniona kuropatwa, widzę, że zając okrążywszy domostwa wraca! W moją stronę, z lewej. Weja za nim nie ma. Głupi zając, wyrolował Weja. Przyspieszam, bo gdzie mój pies???????? Mijamy się z zającem. Dobiegam do domów, jakieś zamarznięte bajorko, jakieś murki, jakaś ulica. Weja nie ma. Prę ku przodowi. I padam. Nagle. Mulda, dół, bruzda, cholera wie co. Prawa ręka boli, kolano prawe boli, dziura w dżinsach, w rękawiczce, nie wiem, gdzie jeszcze, bo nie ogarniam sytuacji. Wejo zza jakiegoś płota wybiega, obłędem bije od niego. We mnie ostatni element łańcucha łowieckiego się zaktualizował: zabić!!!!!!!.
Dobrze, że za bardzo boli..
Wracamy. Jak powstańcy. Naookoło, bo przez pola uraz mam. Pochlipuję, dłoń prawa bezwładnie zwisa, w psie adrenalina się przelewa (taka wizja). Łowy udane. Ofiary są.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz