wtorek, 20 września 2011

Słońce wschodzi nad Monako


Księstwo Monako - drugie najmniejsze po Watykanie państwo na świecie (powierzchnia kraju wynosi jedynie 1,95 km2), położone nad Morzem Śródziemnym, na Lazurowym Wybrzeżu. Leży 18 km na wschód od francuskiej Nicei.

Miasto - państwo. Państwo - miasto.


Tworzą je cztery tradycyjne (nie posiadające znaczenia administracyjnego) dzielnice:
Fontvieille (dzielnica przemysłowa),
La Condamine (port),
Monaco-Ville (stolica),
Monte Carlo (centrum ekonomiczne).
Obok tych czterech największych dzielnic istnieje kilka mniejszych: Moneghetti, Larvotto, Saint Roman, Ténao, Les Revoires, La Colle, Saint Michel.
Cała ludność państwa mieszka w bardzo gęsto zaludnionym mieście – ok. 16 923 mieszkańców na km²!!!! Jest to największa gęstość zaludnienia w Europie i druga na świecie. 
   Nie odczułam tego zagęszczenia. Nie było tłumów na ulicach, chodnikach i ulicach. Jedynym dla mnie przejawem tego, że Monako ma wielu mieszkańców była duża ilość budynków mieszkalnych - w Polsce nazwalibyśmy je blokami. W różnych częściach miasta nad wielopiętrowymi domami, wzniesionymi na stromym brzegu, wznosiły się żurawie, budujące nowe bloki. Jednak ten miejski klimat nie tworzy każdej części Monako, są tu też wąskie uliczki ze starymi, niskimi kamieniczkami, nie w centrum a na obrzeżach i wyżej - na południowych stokach Alp Nadmorskich.


































"Zdobyliśmy" najwyższy, zaliczający się do Korony Gór Europy, wierzchołek Monako - Mont Agel 140 m n.p.m.. Wierzchołek nie jest jak widać zbyt wysoki, ale serwuje super widok na Monako, skalisty cypel, wybrzeże, wzgórza.
 
W pobliżu wzgórza Mont Agel postanowiliśmy przenocować. Byłam zachwycona, bo to oznaczało możliwość obejrzenia z góry zachodu i wschodu słońca nad Monako. O zachodzie rozbiliśmy namioty przy krawędzi wzgórza, wystarczyło rozchylić poły namiotu, by ujrzeć w dole miasto i morze.

To było dla mnie bardzo przyjemne: siedzieć na górze i kontemplować widok miasta nocą. Wyłapywać dźwięki, muzykę, głosy, szumy.  Czuć ... spokój. Postanowiłam, że wstanę rano czatować na wschód słońca.
I tak zrobiłam. Obudziłam chętnych i zasiedliśmy w kamiennych lożach, mając przed sobą w dole widok na miasto, a z lewej wzgórza, zza których miało wyjść słońce. Po prawej też wzgórza - które miały zostać oświetlone pierwszymi promieniami, jakie przedrą się zza wzgórz po naszej lewej stronie.

Kiedy spektakl się zakończył, pozostali obserwatorzy wcisnęli się jeszcze do śpiworów - ja nie byłam już w stanie zasnąć.
Zajęłam się oporządzaniem gospodarstwa, przygotowywaniem śniadania, toaletą, obserwowaniem szaleństwa chmur nad nami, witaniem się z wbiegającymi wyżej biegaczami. Piciem kawy. Ten poranek był dla mnie, wszyscy spali, a ja rozkoszowałam się brakiem pośpiechu, wolnością w podejmowaniu decyzji  czy też decyzyjek - czy wodę zagrzać w większym, czy mniejszym garnku, posolić ją czy raczej nie, wypić drugą kawę czy może potem, włożyć spodnie czy spodenki, popatrzeć sobie na miasto czy zrobić zdjęcia .  Rozkoszowałam się tym, że przez jakiś czas mogę być sama w tej przestrzeni, celebrowałam wolność i niezależność. Wyprawa nie dawała zbyt wielu takich możliwości - to była jedna z nich, tylko dla mnie, a ja skorzystałam z niej w 100%.

Spokojna i  zadowolona z tej kilkugodzinnej chwili obudziłam wszystkich na śniadanie.
   Monako to bogate państwo. Przeczytałam, że liczba luksusowych samochodów przypadających na metr kwadratowy jest tutaj największa na świecie. Ze słynnego kasyna Monte Carlo do kasy państwowej wpływa 4% wszystkich dochodów Monako, prowadzi tu działalność 60 banków, w których zarejestrowanych jest 340 tys. kont bankowych, 4600 firm obrało Monako za swoją siedzibę. Przyjeżdżają tu bardzo bogaci turyści - na nich na wybrzeżu czekają kurorty, atrakcje bogaczy, takie jak kasyna gry i wyścigi samochodowe: słynny Rajd Monte Carlo i wyścig Formuły I. Nie dziwi więc, że głównym źródłem dochodów Monako jest turystyka, która przynosi 15% dochodów państwa. Najniższe w całej Europie podatki.
Obywatele tego państwa należą do najbardziej zadowolonych w Europie.
I ja czułam się tu bardzo dobrze, choć nie miałam okazji pożyć w tym miejscu. Mimo bogactwa tego miejsca, nie czuło się zadęcia, szpanu, wyniosłości. To miejsce przyjazne, życzliwe, ludzie uśmiechnięci, serdeczni.
Tych, których na to stać mają tu wszystko, co można kupić za duże pieniądze, żeby się dobrze bawić. Ci, którzy nie mają pieniędzy znajdą tu wiele atrakcji, których nie trzeba kupować. Czystą plażę, kąpiel w czystym morzu, czyste miasto, słońce, rozległe wzgórza, piękne widoki, zachody i wschody słońca.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Świętowanie w kapciach - Hiszpania, Mulhacen 3479 m n.p.m.

21 lipca 2011, południowa Hiszpania, rejon Andaluzja, prowincja Grenada, Góry Betyckie, masyw Sierra Nevada, wysokość 2500 m n.p.m.

Wyruszamy na zdobycie najwyższego szczytu Hiszpanii - szczytu Mulhacen.
Ja zachwycona górami, są inne od wszystkich, jakie do tej pory widziałam. Przestrzeń, przestrzeń bez końca. Jesteśmy na wysokości 2500 m n.p.m., w Górach Betyckich  tu jest granica wiecznego wieloletniego  śniegu - czyli wysokość, powyżej której opad śniegu przewyższa jego topnienie w bilansie rocznym (na Grenlandii i Antarktydzie  linia wiecznego śniegu znajduje się na  poziomie morza), i powyżej której w sprzyjających warunkach tworzą się lodowce.
Z tej wysokości startujemy 21 lipca. 
Tego dnia dotarliśmy do pierwszego trzytysięcznika, szczytu Veleta - drugiego co do wysokości szczytu Sierra Nevada i Gór Betyckich. Momentami było naprawdę ciężko, te góry mają strome podejścia, przystawałam co 4-5 kroków, by uspokoić oddech. Kilka kroków i znów odpoczynek. Stawiałam sobie  cele: do tamtego kamienia nie stanę, dotrę tam i tam postoję kilkanaście sekund. Od kamienia do kamienia, 5 kroków i odpoczynek.

Widok ze szczytu Veleta











Z Velety ruszyliśmy dalej do schronu Refugio de la Calderia. Po drodze, skracając trasę wzorem Darka i schodząc ze szlaku zaliczyliśmy z Adą i Mariuszem kolejny trzytysięcznik i zeszliśmy - obserwując zachód słońca - w dolinę  nad jeziorem, do kamiennego schronu. Miejsca,  przystosowanego do odpoczynku, przenocowania, wysuszenia butów, dostępnego dla każdego turysty, czystego - jest tu szczotka i szufelka, każdy po sobie sprząta. 

W dolinie widać schron - Refugio de la Caldera


Byli tam Hiszpanie, którzy tak jak i my zamierzali w nim przenocować. Najlepsze miejsca, na drewnianej antresoli były już zajęte, my rozłożyliśmy karimaty na kamiennej podłodze i drewnianych ławach. Wszystko odbyło się szybko, wszyscy byli bardzo zmęczeni.  
Rano 22 lipca - kiedy w pobliżu schronu spacerują kozice - my rozpoczynamy atak na szczyt.  Dla mnie podejście było mordercze:). Bardzo strome, choć zatrzymywałam się rzadziej niż pierwszego dnia.  Cały czas pod górę. Po 50 minutach pokonałam 82 metry przewyższenia między Veletą a Mulhacenem i dotarłam na szczyt. Najlepszym z naszych dotarcie tam zajęło ok 35 minut.  

Jak celebruje się wejście na trzytysięcznik?
Ano nic wyjątkowego się nie robi.  Kilka fotek na udokumentowanie trudu i szybkie nałożenie ciepłych ubrań, bo bardzo zimno. Wskoczenie w śpiwory i czekanie na pozostałych uczestników wyprawy. Wyjmowanie jedzenia, najczęściej chipsów, żelków, jabłek. Jedzenie, częstowanie. Spanie i  odpoczywanie po morderczym dla niektórych wysiłku. Patrzenie na to, co dookoła.  Radowanie się bez euforii. Świętowanie w kapciach. Ze świadomością wyczynu, ale bez wyjątkowych uniesień. 


Bardzo lubię zdjęcie powyżej. Oddaje klimat atmosfery po zdobyciu szczytu. Po prostu siedzi się na murku i wcina chipsy. Tak wygląda satysfakcja.








Znam 3 sposoby na to, żeby wchodzenie uczynić łatwiejszym.  Jeśli nie wchodzi się samemu,  bo ktoś ma podobne tempo i kondycję - sposobem na trudy wspinaczki jest rozmowa.
Jeśli wchodzi się samemu, bo lepsi pognali do przodu a słabsi  zostali w dole lub jeśli zmęczenie jest tak wielkie, że rozmawiając z  towarzyszem wędrówki traci się siły lub zwyczajnie - nie ma się ochoty gadać- wtedy najlepiej zagłębić się w myślenie o czymś, rozważania jakieś, o życiu, przeszłości, uczuciach, emocjach, pogrążyć się we wspomnieniach lub refleksjach.  Mi to bardzo pomaga - przestaję myśleć o tym,  że szybko się męczę, nogi same idą, płuca same oddychają.
Zauważyłam, że w górach podczas wspinaczki mam wyjątkową (dla siebie) umiejętność  snucia konstruktywnych refleksji  na temat swego życia, błyskotliwą (dla siebie)  jasność widzenia, porządkowania, dostrzegania rzeczy, przyczyn i skutków, jakiej nie mam  "na dole". Nagle dostrzegam coś,  co wydaje mi się tak oczywiste - a czego nijak nie mogłam  ujrzeć. Nogi idą, płuca pracują, a ja tracę poczucie czasu, całkowicie zaabsorbowana swoimi myślami. Zdarzyło mi się to  podczas  trudnej wędrówki wielokrotnie.  
Trzeci sposób - to  stawianie sobie celu, małego celu na trasie, np. dotarcia do jakiegoś punktu w przestrzeni: w moim wypadku najczęściej były to kamienie. Albo przejście 10 kroków, 5 kroków, 4 kroków i pozwolenie sobie na chwilę oddechu. Nie chodzi o całą trasę - oczywistym celem jest zdobycie szczytu i to jest wystarczająca motywacja do pokonywania trudności. Chodzi o te trudności na trasie, strome podejścia, brak oddechu,  łomoczące z wysiłku serce. Choć droga wydaje się bez końca, a przestrzeń do pokonania wielka -  nagle okazuje się, że od kamienia do kamienia człowiek przedreptał tych 80 metrów przewyższenia i na dodatek nie trwało to wieki, choć we własnym odczuciu  tak właśnie było.   
Z Mulhacena  schodzę szczęśliwa. Ze świadomością  wyjątkowości  doświadczenia, z  poczuciem satysfakcji,  z wiedzą, że  jestem silna. Tytułowe "kroki" - czyli nazwa, którą rok temu wybrałam dla bloga - nabierają innego sensu. Znaczą to, co znaczą. Nie są przenośnią, są jednostką miary długości. Długości trasy, którą pokonuję, by zdobyć szczyt.






Fotoreportaż ze zdobywania Mulhacena - najwyższego szczytu Europy leżącego poza Alpami; najwyższego szczytu europejskiej części Hiszpanii; najwyższego szczyt Półwyspu Iberyjskiego:



wtorek, 9 sierpnia 2011

24 km przełęczy Stelvio w Alpach Retyckich


Przełęcz Stelvio (wł. Passo dello Stelvio; niem. Stilfser Joch, 2757 m n.p.m.) – najwyższa przejezdna przełęcz we włoskich Alpach Wschodnich, w ich części zwanej Alpami Retyckimi. Przez przełęcz prowadzi wybudowana w latach 1820–1825 droga, łącząca miejscowość Stelvio na północnym wschodzie z Bormio na południowym zachodzie. 


Na podjazd od strony północnej, czyli tej, z której wjeżdżaliśmy, prowadzi droga o długości 24,3 kilometra przy średnim nachyleniu 7,4 procent. Ta droga to 48 ponumerowanych zakrętów!  Daje to  przewyższenie trasy wynoszące ponad 1800 metrów - rzadko spotykane na innych alpejskich drogach.




Wjeżdżałam tu po raz drugi w życiu, kilka lat temu w słońcu, tym razem we mgle. I czasem czułam lęk, bo trudno było złożyć się naszemu Trafficowi na zakrętach. Drogę od strony przepaści ogranicza jedynie niewysoki kamienny murek. Zalewająca nas mgła wzmagała poczucie niepewności. Na górze - pustkowie, cisza, Bormio na wysokości 2758 m n.p.m. wymarłe. Widać w taką pogodę nikt tu nie wjeżdża, może godzina była też już zbyt późna... 



Kilka lat temu byliśmy tu ze swoimi psami. Ulmo szalał na alpejskim śniegu, nie mogłam większej radości sprawić samojedowi w środku lata. 
Nie udało nam się tym razem zagościć w cudownym Bormio, w jego dolnej, niżej położonej części. Zjechaliśmy z przełęczy do miasteczka nocą i po prostu ruszyliśmy dalej, przed siebie.
Pamiętam Bormio z poprzedniej wyprawy. Pamiętam raczej wrażenia i odczucia niż obrazy. Wtedy właziłam do sieni i piwnic domów pośredniowiecznego centrum, skuszona wielkimi drewnianymi drzwiami do kamienic, drzwiami, które otwierało się ciężkimi klamkami. 
Pamiętam, że zdziwiło mnie to, że na przedmieściach były obórki dla kóz i świnek, że wrota obórek prowadziły wprost na ulicę, że nie było podwórek za jakimiś płotami, tylko obórki drewniane wciśnięte w przerwy między domami. Można było prosto z chodnika wejść do obórki. Pachniało świnkami. 
Teraz czytam, że Bormio to renomowany ośrodek narciarski, posiadający 44 trasy narciarskie i 14 wyciągów, że regularnie odbywają się tu zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. Dziwne - te informacje z jakiegoś powodu wcześniej do mnie nie dotarły. Kilka lat wcześniej zajechaliśmy tu z psami pięcioma Patrolami i nocowaliśmy u jakiegoś życzliwego włoskiego rolnika. Poznałam Bormio od innej strony. 

Kilka zdjęć:



piątek, 5 sierpnia 2011

Bawarski gospodarz a sprawa polska


Nie widziałam nigdzie tak zielonej trawy, jak w Alpach Bawarskich. Niemcy dbają o swoją trawę, jest równa i przystrzyżona, nawet na położonych u podnóża gór łąkach. Myślałam sobie długo o tej trawie i nagle dotarło do mnie, skąd te drewniane domki, budki niewielkie, stodółki, których dużo na każdej łące. W tych domkach składuje się ściętą, skoszoną trawę - jest ich tak dużo, że jej zwożenie staje się łatwe, bo stodółka pod ręką i ta łatwość zwożenia i składowania na pewno motywuje do pracy nad tym, by widok łąk zachwycał.  
(Jestem ciekawa, gdzie ma stodołę bauer, co za moim blokiem na Bemowie pole kukurydzy posiał.) 
Zapewne nie bez znaczenia dla alpejskich traw jest fakt, że kosi się te trawy super kosiareczkami - wyobrażałam sobie, że prowadzenie takiej super kosiareczki i wykonywanie nią czynności koszenia musi być bardzo przyjemne. 
Widok takiej łąki działa relaksująco, koi wzrok i duszę. Można tak jechać i patrzeć. 
Bawaria jest ..... idealna. Taka idealna, że aż nieprawdziwa. Miasteczka są czyste, bardzo zadbane, dopieszczone w każdym szczególe stylu bawarskiego. Ma się wrażenie, że to dekoracja, atrapa. Takie miałam odczucie: podobało mi się bardzo to, co widziałam, ale to było za cudne, za idealne, za sztuczne. 



Kiedy jednak przeszłam  uliczkami Garmisch-Partenkirchen, zajrzałam w podwórka, wciągnęłam powietrze i zapachy - okazało się, że idące za tym doznania nie potwierdzają wrażenia dekoracji dla turysty. Podwóreczka kryły życie - nastawione na obsługę turysty, ale prawdziwe, nie sztuczne życie. Swojskie zapachy sugerowały hodowanie jakiegoś bydełka, świnek jakichś. Podwórka miały narzędzia - zgadza się, równo i w ładzie ułożone, ale prawdziwe! Stały traktory i inne maszyny rolnicze - kosiareczki zapewne. Rowery. 

Czasem spotkałam też i gospodarza. I naprawdę - pierwsze pytanie w mej głowie brzmiało: czy on też jest atrapą gospodarza? Ubrany w bawarskie płócienne spodnie na szelkach, jasną koszulę,  w kapeluszu na głowie. Butach pasujących do tego stroju. 


A potem refleksja: to Polak potrafi taką myśl automatyczną  naprędce wyprodukować, że jak schludny, zadbany, czysty - to już nieprawdziwy. Bo dla Polaka gospodarz, człowiek, co fizycznie pracuje, dogląda czegoś, sprząta - to robol. Brudny, spocony, w szmatach najgorszych, coby nie zniszczyć. Do brudnej roboty, do roboty w ogóle Polak wkłada najgorsze ciuchy. Trzyma takie w szafie jakiejś czy schowku, przetrzymuje te rozpadające się i obskurne łachmany na taką właśnie okazję. Gdyby nie ta perspektywa - obiektywnie taki ciuch się już do wyrzucenia nadaje. Z powodu choćby swej brzydoty.
A Polak to i po domu, w zakamarach domowego swego zacisza w takim stroju się snuje. W dresach wyciągniętych, za małych lub za dużych (zależy od okresu w życiu), z dziurami (nie zależy od okresu w życiu), tradycyjnie z innymi kolorami w pralce wypranych. 
Tak, tak, wiem, że teraz u Polaka czytającego powstało oburzenie: i co, i co z tego, że tak się snuję po domu w stroju niepublicznym?
Ano nic. Ja też tak mam. To leci pokoleniami. Mamy za sobą lata tradycji. I tu już nie chodzi o to, że wygodnie. Ma się nie marnować. Ciucha wyjściowego. I wody, co do częstego prania tego ciucha by się wylało. I pralki nie zużywać, choć do prania kupiona. I proszku, to na dłużej starczy.

Wracając do Bawarii: tu nawet gospodarz wygląda schludnie. I nikogo, oprócz Polaka to nie dziwi.
Mimo niewątpliwego uroku bawarskich miejscowości, ciekawsze i "prawdziwsze" wydały mi się się miasteczka we Włoskich Alpach - o podobnej architekturze, ale bez efektu sztuczności. Tu nie ukrywa się upływu czasu, nie retuszuje starości. Obok nowego żyje stare.



  


środa, 3 sierpnia 2011

Wyprawa w liczbach


To dziwne, że robię taką statystykę. Liczby zazwyczaj nic mi nie mówią, nie myślę liczbami i moja wyobraźnia- choć o wielu możliwościach - liczb sobie nie wyobraża. Tym razem jednak jest nieco inaczej. Powtarzalność pewnych miejsc i wydarzeń, a raczej - kategorii miejsc i wydarzeń sprawiły, że je przeliczyłam i spisałam. Nie są to wielkie liczby, ale w kontekście takiego przedsięwzięcia, jakim była wyprawa - imponujące.
Wyprawa miała charakter "przejazdowy". Rytm i stałość dni wyznaczała jazda samochodem, bycie w trasie, zmierzanie przed siebie, do przodu. Pokonywanie przestrzeni, przemieszczanie się z jednego miejsca w drugie. Czasem zatrzymywaliśmy się na dłużej, najczęściej jednak każdego dnia znajdowaliśmy się gdzie indziej, w innym mieście, w innej krainie, w innym państwie. Granice przekraczaliśmy niezauważalnie, czasem o ich przekroczeniu informował nas zestaw smsów dotyczących roamingu od operatorów sieci. Czasem wjechanie do innego państwa sygnalizował język, w jakim mówili pracownicy stacji, na której zatrzymywaliśmy się, by skorzystać z toalety, przyrządzić posiłek, przenocować.
Wyprawa w liczbach:
  • ponad 9000 przejechanych kilometrów

  • zdobyte 3 szczyty powyżej 3000 m.n.p.m, wszystkie w Górach Betyckich w Hiszpanii: Pico de Veleta - 3394 m.n.p.m, szczyt bez nazwy (na posiadanej przez nas mapie nie ma nazwy, podana jest tylko wysokość) - 3180 m.n.p.m, Pico de Mulhace'n  - 3482 m.n.p.m (piąty pod względem wysokości na liście szczytów Korony Gór Europy)

  • zdobyte 3 szczyty zaliczane do Korony Gór Europy:
    Monako- Mont Agel, 176 m.n.p.m
    Hiszpania- Pico de Mulhacen, 3482 m.n.p.m
    Andora- Coma Pedrosa, 2942 m.n.p.m

  • 1 szczyt KGE niezdobyty z powodu złej pogody - Niemcy, Zugspitze 2962 m n.p.m.
  • 1 nocleg na plaży w Almerii (Hiszpania) 


    • 4 noclegi w górach: 1 w Monako przy wzgórzu Mont Agel, 1 podczas zdobywania szczytu Mulhacen, - w schronie "Refugio VIVAC De La CALDERA", dwa noclegi u podnóża gór, w których zdobywaliśmy Coma Pedrosa w Andorze - dla mnie to były jedne z najpiękniejszych  i najważniejszych chwil na wyprawie

    • 5 plaż: Cannes, Monako, Barcelona (dwa razy), Walencja, Almeria (dwa razy) - wszystkie nad Morzem Śródziemnym
    • przejechanie wzdłuż 4 wybrzeży Morza Śródziemnego we Francji i Hiszpanii: Lazurowego Wybrzeża (Cannes), Costa Brava, (Barcelona), Costa del Sol (Almeria), Costa Azahar (Walencja)
    • 11 państw: Polska, Czechy, Niemcy, Austria, Włochy, Francja, Monako, Hiszpania, Andora, Belgia, Holandia
    • 5 stolic Europy: Praga, Monako, Madryt, Paryż, Amsterdam
    • 1 najwyżej położona w Europie stolica: Madryt
    • 1 mandat - w Hiszpanii, za dwa samochody zaproponowano nam zniżkę z 200 Euro na 100
    • 2 razy nas okradziono - w Hiszpanii
    • 9 stadionów:
    NIEMCY: Monachium ALIANZ ARENA 
    HISZPANIA:
             - Barcelona CAMP NOU ( Klub FC Barcelona) - największy pod względem liczebności miejsc dla   kibiców, ponad 90 000;
            - Marsylia OLIMPIC MARSYLIA VELODROME ( Klub Olimpic Marsylia)
             - Madryt SANTIAGO BERNABEU ( Klub Real Madryd)
             - Madryt STADIO VINCENTE CALDERONE ( Klub Atletic Madryt)
             - Walencja STADIO MESTALE ( Klub FC Valencja)
    FRANCJA:
            - Paryż STADE DES PRINCES (Klub PSG- dawny narodowy)
            - Paryż STADE DE FRANCE- (narodowy)
    HOLANDIA: Amsterdam AJAX AMSTERDAM (Klub Ajax Amsterdam)

    wtorek, 2 sierpnia 2011

    European trip

    Lipiec 2011. Trzy tygodnie w podróży.


    Wyprawa po Europie. Ponad 9000 przejechanych samochodem kilometrów. 11 państw europejskich. 5 stolic, w tym jedna najwyżej położona stolica Europy - Madryt. Zdobyte 3 szczyty powyżej 3 tysięcy metrów nad poziomem morza. Kilka razy zaliczona depresja - poniżej poziomu morza i jeden depresyjny dzień w Paryżu. Jeden nocleg na plaży w hiszpańskiej Almerii, cztery wspaniałe noclegi w górach - w cudownym Monako, podczas zdobywania Mulhacena w masywie Sierra Nevada w Hiszpanii, przed wejściem na Coma Pedrosa w Andorze i po zejściu z niego trudną technicznie - z powodu złych warunków pogodowych - trasą. Kilkanaście noclegów na parkingach, na rzuconej na beton karimacie lub w namiocie, jeden dwugodzinny nocleg w samochodzie. Kilka metafizycznych momentów- ważnych tylko dla mnie. Bardzo ważnych.
    Szczegółowe statystyki w przygotowaniu. Liczby przemówią.

    środa, 23 lutego 2011

    Śmieszny krok

    Z wiwisekcji psychicznej wychodziłam już w różnych nastrojach: silna, zdołowana, uspokojona, przygnębiona, pewna siebie, zniechęcona, ogarnięta, uporządkowana,z nowym spojrzeniem na, szczęśliwa, ale - nigdy dotąd - rozchichotana, rozśmieszona sobą i przez siebie samą,pełna do siebie sympatii.
    Rozchichotana z siebie dotarłam do domu. 
    Zapomniałam, co dziś schrzaniłam. 
    Poszłam spać.
    :)