piątek, 5 sierpnia 2011

Bawarski gospodarz a sprawa polska


Nie widziałam nigdzie tak zielonej trawy, jak w Alpach Bawarskich. Niemcy dbają o swoją trawę, jest równa i przystrzyżona, nawet na położonych u podnóża gór łąkach. Myślałam sobie długo o tej trawie i nagle dotarło do mnie, skąd te drewniane domki, budki niewielkie, stodółki, których dużo na każdej łące. W tych domkach składuje się ściętą, skoszoną trawę - jest ich tak dużo, że jej zwożenie staje się łatwe, bo stodółka pod ręką i ta łatwość zwożenia i składowania na pewno motywuje do pracy nad tym, by widok łąk zachwycał.  
(Jestem ciekawa, gdzie ma stodołę bauer, co za moim blokiem na Bemowie pole kukurydzy posiał.) 
Zapewne nie bez znaczenia dla alpejskich traw jest fakt, że kosi się te trawy super kosiareczkami - wyobrażałam sobie, że prowadzenie takiej super kosiareczki i wykonywanie nią czynności koszenia musi być bardzo przyjemne. 
Widok takiej łąki działa relaksująco, koi wzrok i duszę. Można tak jechać i patrzeć. 
Bawaria jest ..... idealna. Taka idealna, że aż nieprawdziwa. Miasteczka są czyste, bardzo zadbane, dopieszczone w każdym szczególe stylu bawarskiego. Ma się wrażenie, że to dekoracja, atrapa. Takie miałam odczucie: podobało mi się bardzo to, co widziałam, ale to było za cudne, za idealne, za sztuczne. 



Kiedy jednak przeszłam  uliczkami Garmisch-Partenkirchen, zajrzałam w podwórka, wciągnęłam powietrze i zapachy - okazało się, że idące za tym doznania nie potwierdzają wrażenia dekoracji dla turysty. Podwóreczka kryły życie - nastawione na obsługę turysty, ale prawdziwe, nie sztuczne życie. Swojskie zapachy sugerowały hodowanie jakiegoś bydełka, świnek jakichś. Podwórka miały narzędzia - zgadza się, równo i w ładzie ułożone, ale prawdziwe! Stały traktory i inne maszyny rolnicze - kosiareczki zapewne. Rowery. 

Czasem spotkałam też i gospodarza. I naprawdę - pierwsze pytanie w mej głowie brzmiało: czy on też jest atrapą gospodarza? Ubrany w bawarskie płócienne spodnie na szelkach, jasną koszulę,  w kapeluszu na głowie. Butach pasujących do tego stroju. 


A potem refleksja: to Polak potrafi taką myśl automatyczną  naprędce wyprodukować, że jak schludny, zadbany, czysty - to już nieprawdziwy. Bo dla Polaka gospodarz, człowiek, co fizycznie pracuje, dogląda czegoś, sprząta - to robol. Brudny, spocony, w szmatach najgorszych, coby nie zniszczyć. Do brudnej roboty, do roboty w ogóle Polak wkłada najgorsze ciuchy. Trzyma takie w szafie jakiejś czy schowku, przetrzymuje te rozpadające się i obskurne łachmany na taką właśnie okazję. Gdyby nie ta perspektywa - obiektywnie taki ciuch się już do wyrzucenia nadaje. Z powodu choćby swej brzydoty.
A Polak to i po domu, w zakamarach domowego swego zacisza w takim stroju się snuje. W dresach wyciągniętych, za małych lub za dużych (zależy od okresu w życiu), z dziurami (nie zależy od okresu w życiu), tradycyjnie z innymi kolorami w pralce wypranych. 
Tak, tak, wiem, że teraz u Polaka czytającego powstało oburzenie: i co, i co z tego, że tak się snuję po domu w stroju niepublicznym?
Ano nic. Ja też tak mam. To leci pokoleniami. Mamy za sobą lata tradycji. I tu już nie chodzi o to, że wygodnie. Ma się nie marnować. Ciucha wyjściowego. I wody, co do częstego prania tego ciucha by się wylało. I pralki nie zużywać, choć do prania kupiona. I proszku, to na dłużej starczy.

Wracając do Bawarii: tu nawet gospodarz wygląda schludnie. I nikogo, oprócz Polaka to nie dziwi.
Mimo niewątpliwego uroku bawarskich miejscowości, ciekawsze i "prawdziwsze" wydały mi się się miasteczka we Włoskich Alpach - o podobnej architekturze, ale bez efektu sztuczności. Tu nie ukrywa się upływu czasu, nie retuszuje starości. Obok nowego żyje stare.



  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz