niedziela, 14 sierpnia 2011

Świętowanie w kapciach - Hiszpania, Mulhacen 3479 m n.p.m.

21 lipca 2011, południowa Hiszpania, rejon Andaluzja, prowincja Grenada, Góry Betyckie, masyw Sierra Nevada, wysokość 2500 m n.p.m.

Wyruszamy na zdobycie najwyższego szczytu Hiszpanii - szczytu Mulhacen.
Ja zachwycona górami, są inne od wszystkich, jakie do tej pory widziałam. Przestrzeń, przestrzeń bez końca. Jesteśmy na wysokości 2500 m n.p.m., w Górach Betyckich  tu jest granica wiecznego wieloletniego  śniegu - czyli wysokość, powyżej której opad śniegu przewyższa jego topnienie w bilansie rocznym (na Grenlandii i Antarktydzie  linia wiecznego śniegu znajduje się na  poziomie morza), i powyżej której w sprzyjających warunkach tworzą się lodowce.
Z tej wysokości startujemy 21 lipca. 
Tego dnia dotarliśmy do pierwszego trzytysięcznika, szczytu Veleta - drugiego co do wysokości szczytu Sierra Nevada i Gór Betyckich. Momentami było naprawdę ciężko, te góry mają strome podejścia, przystawałam co 4-5 kroków, by uspokoić oddech. Kilka kroków i znów odpoczynek. Stawiałam sobie  cele: do tamtego kamienia nie stanę, dotrę tam i tam postoję kilkanaście sekund. Od kamienia do kamienia, 5 kroków i odpoczynek.

Widok ze szczytu Veleta











Z Velety ruszyliśmy dalej do schronu Refugio de la Calderia. Po drodze, skracając trasę wzorem Darka i schodząc ze szlaku zaliczyliśmy z Adą i Mariuszem kolejny trzytysięcznik i zeszliśmy - obserwując zachód słońca - w dolinę  nad jeziorem, do kamiennego schronu. Miejsca,  przystosowanego do odpoczynku, przenocowania, wysuszenia butów, dostępnego dla każdego turysty, czystego - jest tu szczotka i szufelka, każdy po sobie sprząta. 

W dolinie widać schron - Refugio de la Caldera


Byli tam Hiszpanie, którzy tak jak i my zamierzali w nim przenocować. Najlepsze miejsca, na drewnianej antresoli były już zajęte, my rozłożyliśmy karimaty na kamiennej podłodze i drewnianych ławach. Wszystko odbyło się szybko, wszyscy byli bardzo zmęczeni.  
Rano 22 lipca - kiedy w pobliżu schronu spacerują kozice - my rozpoczynamy atak na szczyt.  Dla mnie podejście było mordercze:). Bardzo strome, choć zatrzymywałam się rzadziej niż pierwszego dnia.  Cały czas pod górę. Po 50 minutach pokonałam 82 metry przewyższenia między Veletą a Mulhacenem i dotarłam na szczyt. Najlepszym z naszych dotarcie tam zajęło ok 35 minut.  

Jak celebruje się wejście na trzytysięcznik?
Ano nic wyjątkowego się nie robi.  Kilka fotek na udokumentowanie trudu i szybkie nałożenie ciepłych ubrań, bo bardzo zimno. Wskoczenie w śpiwory i czekanie na pozostałych uczestników wyprawy. Wyjmowanie jedzenia, najczęściej chipsów, żelków, jabłek. Jedzenie, częstowanie. Spanie i  odpoczywanie po morderczym dla niektórych wysiłku. Patrzenie na to, co dookoła.  Radowanie się bez euforii. Świętowanie w kapciach. Ze świadomością wyczynu, ale bez wyjątkowych uniesień. 


Bardzo lubię zdjęcie powyżej. Oddaje klimat atmosfery po zdobyciu szczytu. Po prostu siedzi się na murku i wcina chipsy. Tak wygląda satysfakcja.








Znam 3 sposoby na to, żeby wchodzenie uczynić łatwiejszym.  Jeśli nie wchodzi się samemu,  bo ktoś ma podobne tempo i kondycję - sposobem na trudy wspinaczki jest rozmowa.
Jeśli wchodzi się samemu, bo lepsi pognali do przodu a słabsi  zostali w dole lub jeśli zmęczenie jest tak wielkie, że rozmawiając z  towarzyszem wędrówki traci się siły lub zwyczajnie - nie ma się ochoty gadać- wtedy najlepiej zagłębić się w myślenie o czymś, rozważania jakieś, o życiu, przeszłości, uczuciach, emocjach, pogrążyć się we wspomnieniach lub refleksjach.  Mi to bardzo pomaga - przestaję myśleć o tym,  że szybko się męczę, nogi same idą, płuca same oddychają.
Zauważyłam, że w górach podczas wspinaczki mam wyjątkową (dla siebie) umiejętność  snucia konstruktywnych refleksji  na temat swego życia, błyskotliwą (dla siebie)  jasność widzenia, porządkowania, dostrzegania rzeczy, przyczyn i skutków, jakiej nie mam  "na dole". Nagle dostrzegam coś,  co wydaje mi się tak oczywiste - a czego nijak nie mogłam  ujrzeć. Nogi idą, płuca pracują, a ja tracę poczucie czasu, całkowicie zaabsorbowana swoimi myślami. Zdarzyło mi się to  podczas  trudnej wędrówki wielokrotnie.  
Trzeci sposób - to  stawianie sobie celu, małego celu na trasie, np. dotarcia do jakiegoś punktu w przestrzeni: w moim wypadku najczęściej były to kamienie. Albo przejście 10 kroków, 5 kroków, 4 kroków i pozwolenie sobie na chwilę oddechu. Nie chodzi o całą trasę - oczywistym celem jest zdobycie szczytu i to jest wystarczająca motywacja do pokonywania trudności. Chodzi o te trudności na trasie, strome podejścia, brak oddechu,  łomoczące z wysiłku serce. Choć droga wydaje się bez końca, a przestrzeń do pokonania wielka -  nagle okazuje się, że od kamienia do kamienia człowiek przedreptał tych 80 metrów przewyższenia i na dodatek nie trwało to wieki, choć we własnym odczuciu  tak właśnie było.   
Z Mulhacena  schodzę szczęśliwa. Ze świadomością  wyjątkowości  doświadczenia, z  poczuciem satysfakcji,  z wiedzą, że  jestem silna. Tytułowe "kroki" - czyli nazwa, którą rok temu wybrałam dla bloga - nabierają innego sensu. Znaczą to, co znaczą. Nie są przenośnią, są jednostką miary długości. Długości trasy, którą pokonuję, by zdobyć szczyt.






Fotoreportaż ze zdobywania Mulhacena - najwyższego szczytu Europy leżącego poza Alpami; najwyższego szczytu europejskiej części Hiszpanii; najwyższego szczyt Półwyspu Iberyjskiego:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz